piątek, 15 października 2010

Spostrzeżenia dnia codziennego

Postanowiłam pisać blog by dzielić się z innymi, ale przede wszystkim chyba ze sobą spostrzeżeniami z życia codziennego. Refleksjami,własnymi filozofiami oraz wszystkimi rzeczami, które wydarzają się, ale nie są warte marnowania czasu Twoich przyjaciół i znajomych- no chyba, że chcesz by, po którymś razie zapytali czy masz jakieś problemy natury psychicznej, które pewnie masz;) Z drugiej strony być może szkoda skazywać te rzeczy na zupełne zapomnienie- stąd pomysł na składowanie ich tutaj. Jedynym rozwiązaniem alternatywnym wydaje mi się opowiadanie o moich spostrzeżeniach w nocnych rozmowach przez telefon. Najlepiej z kimś kogo aksamitny głos rozbiera moje słowa i obnaża swoje. Jednak porzucam nocne rozmowy telefoniczne, wybieram wolność i to kolejny powód na obecność moich (ubranych!) słów w tym miejscu.

Jakiś tydzień temu robiłam duże zakupy spożywcze. Studenckie myślenie zaprogramowane na oszczędzanie podpowiedziało mi, żeby nie inwestować złotówki(cóż to za inwestycja skoro wraca w tej samej postaci?!) w przypięty wózek i chwycić ten pierwszy wolnostojący . Pójście na łatwiznę rzadko przynosi wymierne rezultaty- czy to w życiu, czy w wybieraniu wózka. Po przejechaniu kilkunastu metrów zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak z jego yyy...układem kierowniczym. Pchasz do przodu a on skręca w prawo, wkładasz w to więcej siły on odbija w lewo i tak w kółko-a ściślej mówiąc slalom. Żeby wózek jechał w miarę prosto trzeba włożyć w to wysiłek Pudziana napromieniowanego energią Arniego, który z koleji został wyrzucony na orbitę norrisowskim kopem z półobrotu. Gdy będę kontynuować moją opowieść pewnie zastanowicie się czemu nie porzuciłam wózka w cholerę po tych kilkunastu metrach. Odpowiedź jest prosta: ze wstydu. I tu pozwolę sobie na małą dygresję. Wstyd hamuje nas w wielu sytuacjach w życiu i czasem nie zdajemy sobie z tego sprawy. Na przykład wracałam kiedyś tramwajem z miejsca, w którym byłam po raz pierwszy.Tłok znacznie utrudniał obserwacje trasy. Wysiadłam z niego będąc przekonana, że to dobry przystanek, dwie nogi na chodniku i myśl: "Eee gdzie tam trzeba jechać dalej" I wsiadam znów do tramwaju, w międzyczasie obserwując zaparowane szyby i myśląc :"A jednak tutaj trzeba było wysiąść". Wysiadam znowu, by buty o beton uderzyły ciszej niż myśl: "Cholera nie tu przecież!!!!". I mam 2 sekundy, żeby wskoczyć jeszcze do tego cholernego tramwaju, sprawiając wrażenie osoby, która ma w głowie Waterloo lub jest jednym z łagodnych obsesyjnych świrków - wyskakiwaczy tramwajowych. Ale wzrok ludzi(zabawne jak w 2 sekundy jesteś w stanie dostrzec ich jednoczesne zdziwienie, zażenowanie, litość i pogardę) powoduje, że dymam na obcasach jakieś półtorej kilometra na ten mój przystanek. No przecież się wstydzę znowu wsiąść, nie mniej niż wstydzę się wymienić cholerny wózek na oczach tych z którymi go "wypożyczałam". Ale skoro wózek znowu wjechał w temat kontynuuję kwestię wózka. Po pierwsze po wyjściu ze sklepu miałam wrażenie, że kurtka pęknie mi w przedramionach prezentując muły Johneggo Bravo, snop światła oświetli mnie na placu przed Kauflandem a ja uszczypnę się w te naprężone mięśnie z przyklejonym uśmiechem kulturystki i okrzykiem: "Mięśnie!!!"(inny okrzyk kulturysty jakoś nie przychodzi mi do głowy). Po drugie wszystkich współkupujących przepraszam, że jeżdząc slalomem wydawałam się mieć rozstrój nerwowo - umysłowy(niczym obsesyjny tramwajowy wysiadacz) i że nie potrafiłam uchylać się innym wózkom tudzież ludziom z refleksem na jaki mnie ocenialiście(nie wiedząc oczywiście o wewnętrznej walce). Płynąć a raczej sunąc do brzegu czy kas, czy końca moich rozważań chciałam powiedzieć jaką okazał się metaforą, jakie drugie dno odkrył zwykły wózek (wyjaśniam, bo gdym rzeczywiście chciała tylko pisać o wózku obsesje tramwajowe pewnie byłyby prawdą a wy moglibyście pomóc znaleźć mi e-psychiatrę). Tak więc w momencie robienia moich zakupów byłam osobą od jakiś 48 h wolną umysłowo(poniekąd) od pewnego mężczyzny(który jeśli byłaby taka możliwość niezwłocznie powinien się udać do e-psychiatry!). Jego trudności charakteru nie były dla mnie rzeczą obcą. Fantastycznie potrafiłam je jednak tłumaczyć wszystkim dobrze mi życzącym realistom. Gdy jego psychosomatyka sięgnęła zenitu a raczej powiała zefirem, który zdołał zdmuchnąć moje klapki z oczu. Powiedziałam sobie :"Nie chcę takiego życia". I zamknęłam za tym życiem drzwi o 4 nad ranem. Zrozumiałam, że on nigdy się nie zmieni, a ja chcąć próbować zmienić jego zmienię tylko siebie. Stwardnieję, nasiąknę nim. Zmagając się z tym wózkiem w każdym dziale uderzała mnie trudność tamtej relacji. Wędliny były walką w poglądach na życie rodzinne, sery na używki, chemia odnosiła się trudnych przeżyć. W momencie gdy płaciłam rachunek w głowie zrobiłam rachunek tej relacji, tych myśli, tego człowieka i doszłam do wniosku, że być może wydające się byciem nieprzemyślanym decyzje z godziny 4:00 są najlepszym rozwiązaniem. Potem kupiłam taniego truskawkowego szampana i wypiłam z realistkami. Pewne rzeczy w życiu trzeba oblać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz